Zdjęcia z wyprawy można obejrzeć tu:

 

Nemrut Dagi, 3050 m

 

Suphan Dagi, 4058 m

 

Erciyes Dagi, 3916 m

 

Dzień pierwszy, 7. czerwca 2005: rano wyjeżdżamy do Drezna. W Neckermannie kupiliśmy parę dni temu bilety do Antalii. Warto było odczekać, bo na tydzień przed wyjazdem cena przelotu spadła do 700 zł w obie strony. Odwozi nas kolega z pracy, przez pół godziny udaje mu się nas pozbierać po mieście. Droga po polskiej stronie nużąca, bo autostrada w przebudowie. Poza tym zimno jak diabli i popaduje.

Na lotnisko docieramy przed dwunastą. Zgodnie z planem bilety odbieramy w okienku, potem się odprawiamy i nadajemy bagaż. Nasze plecaki to rodzynki, reszta jedzie z torbami, typowi wczasowicze. Potem pożegnalne piwko (pszeniczne Hefeweizen, a jakże!) i przechodzimy dalej. Samolot to wielki Boeing 757-300, zabierający ponad 250 pasażerów. Luzów specjalnych nie ma, ledwie kilka wolnych miejsc.

Lot upływa spokojnie, lądujemy planowo i popychamy zegarki godzinę do przodu. Robi się 18.30. Kupujemy wizy tureckie (10 euro lub 15 dolarów), potem chwila emocji w oczekiwaniu na bagaż. Ten dociera bez przygód, co poczytujemy za dobry omen. Jeszcze wymieniamy trochę kasy i jesteśmy gotowi do eksploracji Turcji...

Pierwszy napotkany taksówkarz za kurs na dworzec autobusowy winszuje sobie 40 euro, nie wiemy, czy się śmiać, czy płakać. Potem znajdujemy darmowy bus do terminalu pierwszego, skąd mają chodzić autobusy do miasta. Po krótkich negocjacjach z dyspozytorem taksówek, decydujemy się jednak na transport osobowy: cena 26 lirów (lub jak kto woli – 26 milionów, bo nie wszyscy jeszcze się przyzwyczaili do podenominacyjnych pieniędzy). W sumie się opłaca, bo podmiejski Havas kosztuje ponoć 8 lirów od głowy.

Na dworzec docieramy przed dwudziestą, okazuje się, że najbliższy autobus do Kayseri jest po 22. Nie ma sprawy, kupujemy bilety i idziemy na herbatę. Potem kilkukrotne zwiedzanie dworca i wreszcie nasza podwoda przyjeżdża. Tureckie autobusy dalekobieżne są zaskakująco porządne. Nowe, czyste, zadbane. Podczas podróży serwis lepszy niż dziś w niejednym samolocie: steward roznosi na początek i koniec podróży kawę, herbatę, plus jakieś ciasteczko, a podczas kursu na życzenie wodę do picia oraz „cytrynówkę” do mycia rąk. Podczas rejsu jest sporo postojów, w tym dłuższe na posiłek, wtedy autobus jest myty. Poza tym, na początku jest puszczany film, w tym wypadku turecki melodramat kryminalny. Bardzo pouczający.

 

Dzień drugi, 8. czerwca 2005: Nowy dzień zastaje nas w autobusie. Dojeżdżając do Kayseri możemy podziwiać Erciyes Dagi, jeden z naszych celów. Nie powiem, góra robi wrażenie poszarpaną granią i sporą ilością białego. Plan przewiduje jednak, że ten szczyt zostawiamy sobie na koniec. Na razie wypakowujemy się pod biurem linii autobusowych, potem idę na dworzec kolejowy. Pociąg do Tatvan rzeczywiście jest około 14.30 (jak sprawdziliśmy w necie przed wyjazdem), tyle że najbliższy odjeżdża w... niedzielę. Okazuje się bowiem, że Van Golu Ekspress kursuje tylko dwa razy w tygodniu. A więc nici z kuszetek i gry w karty. Chcąc nie chcąc, drałujemy z całością ekwipunku na dworzec autobusowy i kupujemy bilety na wieczorny autobus do Tatvan. Akurat będzie czas na zwiedzanie miasta.

Dworzec jest nieco na uboczu, więc z plecakami robimy kawałek drogi. Ponieważ głód przyciska, rozglądamy się za czymś niedrogim do jedzenia. Życie brutalnie weryfikuje nasze wyobrażenia o tutejszych cenach, przynajmniej na początku. Potem jednak udaje nam się znaleźć w bocznej uliczce bar dla miejscowych szewców, gdzie pełny posiłek mamy za jedne trzy i pół miliona. No, jeszcze trzeba doliczyć za czaj i ayran, ale warto. Żarełko (sac kebab, czyli z drobno krojonego mięska) jest pierwsza klasa, zresztą smaży się na blasze na naszych oczach. Na stole małe ale ostre papryczki oraz pieprz turecki, na wypadek gdyby komuś wydało się za słabo przyprawione. No, teraz to można dźwigać...

Potem idziemy w miasto, po drodze towarzyszy nam niezmienne zainteresowanie, szczególnie ze strony dzieci. Jak widać, turystów tu nie za wielu, skoro uczennice z pobliskiej szkoły robią nam zdjęcia jako egzotycznym okazom. Potem zainteresowanie nami przejawiają sympatyczni panowie, chcący nam pokazać to i owo z miejscowych atrakcji. Koniec końców, w każdym wypadku największą atrakcją okazuje się sklep z dywanami, który „przypadkiem” za rogiem ma ojciec, szwagier lub sąsiad. Na szczęście udaje nam się zgruzować klamoty w biurze informacji turystycznej, przy okazji zasięgamy języka oraz pobieramy skromną literaturę. Wbrew naszym oczekiwaniom, nie sposób zaopatrzyć się w Turcji w porządne mapy gór, do dyspozycji są co najwyżej szkice graniowe w dyżurnej broszurce „Mountaineering in Turkey”. Te same mapki królują zresztą w necie.

Kayseri to miasto liczące około miliona mieszkańców, ale zaopatrzenie w podstawowe artykuły, jak np. piwo, jest marne. Na ślad złocistego płynu naprowadza nas kolejny potomek sprzedawcy dywanów, niestety nie rewanżujemy się nawet obejrzeniem sklepu tatusia. Na skwerku gasimy pragnienie dyskretnie, bunkrując puszki Efesa w czarnych foliowych torebkach. Mimo starań, nie udaje nam się też kupić innej ważnej rzeczy, mianowicie gazu.

Po obejrzeniu kilku polecanych nam zabytków (meczety takie sobie, cytadela prezentuje się imponująco, w środku bazar), wracamy w kierunku dworca, po drodze obowiązkowo odwiedzając sprawdzoną już kebabczarnię i uzupełniając zapas picia.

Najpierw siadamy na trawce w parku, ale wkrótce otacza nas tłumek ciekawskich dzieci. Mamy już trochę dość robienia za zoo, więc konsekwentnie zasuwamy na dworzec. Tam znajdujemy spokojne miejsce, przed niezbyt okazałym budyneczkiem na tyłach. Po chwili pod domek podjeżdżają policjanci, którzy okazują się mieć tu komisariat. Jeden z nich zamiast mandatu za picie piwa w miejscu publicznym przynosi nam dwa krzesła, ale my wolimy siedzieć na krawężniku. Potem dostajemy jeszcze herbatę i wymieniamy poglądy na temat piłki nożnej – oczywiście w dużej części na migi. Czas pozostały do odjazdu autobusu spędzamy kulturalnie, pogryzając oliwki oraz myjąc nogi na podlewanym właśnie trawniku.

Jest to już nasza druga pod rząd noc w autobusie, więc szybciej i łatwiej zasypiamy (aklimatyzacja?).

 

Dzień trzeci, 9 czerwca 2005: Świt na wschodzie Turcji jest malowniczy, dodatkową atrakcję zapewnia nam steward, dwukrotnie znajdujący pozostawione przez pasażerów portfele. Reszta jadących ma ubaw po pachy. Ale tak to jest, jak kogoś się budzi nad ranem i każe mu się szybko wysiadać...

Dojeżdżając do Tatvan widzimy nasz główny cel – Suphan Dagi, szczyt mierzący 4058 m. Widok potężnie zaśnieżonego masywu nie dodaje nam otuchy. Biała góra w tych „okolicznościach przyrody” wygląda dziwnie, wokół przecież upał i sucha ziemia. Było, nie było, jesteśmy już dobre 1500 km od Antalii, czyli punktu lądowania…

Na razie jednak kierujemy się instynktem bardziej przyziemnym, i oddajemy się poszukiwaniu legowiska. Darmowy bus dowozi nas z przystanku do miasteczka, w centrum są chyba ze trzy hotele. Pierwszy wygląda trochę za porządnie, cena 70 YTL za trzyosobowy pokój ze śniadaniem. Niby nie tragedia, ale postanawiamy podrążyć temat. Następny hotelik kosztuje połowę tego, ale jest bez śniadania, z łazienką na korytarzu. Recepcjonista ujmuje nas tym, że na hasło „Polonia” reaguje nie nazwiskiem „Boniek” lub „Lato”, ale ...„Maria Curie”. Okazuje się, że jest to miejscowy intelektualista, socjolog, który wydał nawet dwie książki.

Bierzemy bardzo potrzebny prysznic (zapewnienia o ciepłej wodzie okazują się prawdą) i odrabiamy zaległości w spaniu. Pościel nie wygląda zbyt zachęcająco, ale czego można wymagać za 8 dolców od osoby? Budzi nas ssanie w żołądkach i dziwna muzyka za oknem. Sprawczynią jest ...śmieciarka, która jeżdżąc główną ulicą swe przybycie oznajmia charakterystyczną melodią. Na zew śpiewającej śmieciarki okoliczna ludność wynosi wory i w ten sposób w miasteczku jest zaskakująco czysto.

Pierwszym naszym priorytetem jest znalezienie pokarmu, drugim informacji turystycznej. Jak wszędzie w Turcji, punktów serwujących jadło jest pod dostatkiem, na początek zadowalamy się zawijanym kebabem, do łapy. Biuro informacji mieści się w szkole i najwyraźniej pracuje na ćwierć etatu. Pobieramy jednak kilka folderków i uzyskujemy nieco informacji. Reszta dnia upływa na kilkukrotnym przejściu całej głównej ulicy tam i z powrotem, odwiedzeniu kilku sklepów i zrobieniu zakupów aprowizacyjnych. Oczywiście i tu budzimy duże zainteresowanie, wciąż jesteśmy pytani: jak się nazywasz, skąd jesteś, czasem także czy nie potrzebujesz taksówki na Nemrut. Ogólnie jednak ludność jest bardzo życzliwa, a zainteresowanie przeważnie bezinteresowne i szczere – tym bardziej, że przez cały dzień nie spotykamy żadnego innego cudzoziemca.

 

Dzień czwarty, 10. czerwca 2005: Wstajemy skoro świt , na śniadanie wtranżalamy michę jogurtu i melona. Na Nemrut postanawiamy iść bezpośrednio z miasteczka, choć to jakieś 15 kilmetrów. Początek trasy asfaltem nudny, ale potem zaczynają się robić fajne widoki. W mijanej kurdyjskiej wiosce znów duże zainteresowanie ze strony dzieci, ale i dorośli nas pozdrawiają. Powyżej wioski, na około 2000 m, spotykamy pierwsze żółwie stepowe. Mariusz bierze się za filmowanie, Skaner i ja fotkujemy. Żółwie próbują uciekać, ale dzięki naszemu dobremu refleksowi udaje się pstryknąć parę ujęć. Niektóre żółwiki są małe jak spodek, ale trafiają się okazy wielkości talerza. Potem żółwi robi się więcej i więcej, aż w końcu powszednieją.

W wypadku Nemruta trudno pisać o zdobywaniu, bowiem góra nie przedstawia trudności alpinistycznych. W zasadzie na brzeg krateru można nawet dojechać autem. My oczywiście wybieramy opcję pieszą, gdy nudzi nam się szosa, ciągniemy prosto w górę, na koronę krateru. Nie powiem, tu solidnie się zmachałem, bo stromizna była spora, temperaturka też. Wyżej było już bardziej rześko za sprawą wiaterku, no i ten widok! Za nami jezioro Van, z miasteczkiem Tatvan i górami po drugiej stronie, przed nami ogromna caldera. Powstała ona po ostatniej erupcji Nemruta, w 1440 roku. Jego krater się zapadł, obecnie tworzy zagłębienie o średnicy kilkunastu kilometrów. Wewnątrz mamy spore jezioro ze zwykłą wodą oraz dwa mniejsze jeziorka, w tym jedno z gorącymi źródłami. Z kolei po prawej doskonale widać nasz następny cel – czterotysięczny Suphan Dagi.

Po krótkim posiłku i obowiązkowej sesji zdjęciowej ruszamy w stronę najwyższego punktu po stronie południowej. Tu brzeg krateru wznosi się na wysokość 2835 m. Niemal dokładnie naprzeciwko jest najwyższy punkt całego wulkanu (3050 m) ale dzieli nas od niego około 15 km w linii prostej. Generalnie obrzeże krateru jest ciekawą trasą graniową, tu i ówdzie zalegają jeszcze łachy śniegu, na górze mijamy niesamowite formacje skalne z czarnego i pasiastego obsydianu. Przechodzimy kilka kilometrów granią i ustalamy nową drogę na powrót. Wcześniej jednak schodzimy w dół, do jeziora. Wewnątrz krateru jest gorąco jak na patelni, im niżej schodzimy, z tym większą niechęcią myślimy o czekającym nas podejściu z powrotem. W końcu zatrzymujemy się nad urwiskiem – jezioro jest jeszcze co najmniej kilkadziesiąt metrów niżej. Nie bardzo jest jak zejść w tym miejscu, w końcu rezygnujemy z moczenia nóg. Krótki popas, kolejne fotki i udajemy się w mozolną wspinaczkę z powrotem na brzeg krateru. Jak słusznie zauważył Mariuszek, włazimy na górę taki kawał po to, żeby stamtąd zobaczyć, jak ładnie jest na dole...

Droga powrotna wiedzie już z dala od asfaltu, wracamy nań dopiero w wiosce. Daremnie szukamy dolmusa, trzeba zapychać dalej. Jednak los się do nas uśmiecha, i na ostatnim odcinku podwożą nas sympatyczni Kurdowie z miasta Van (leży na drugim końcu jeziora o tej samej nazwie). Po dotarciu do hoteliku postanawiamy, że jutro robimy dzień organizacyjno-restowy.

 

Dzień piąty, 11. czerwca 2005: Po śniadaniu (jogurt, melon, oliwki) idziemy na przystanek dolmusów , by udać się do Adilcevaz, położonego u stóp Suphan Dagi. Tak po prawdzie, to okazuje się, że dolmus jedzie tylko do miasteczka Ahlat, żeby się dostać do Adilcevaz trzeba się przesiąść (mimo że dolmusy w Tatvan mają tabliczkę „Ahlat/Adilcevaz”). Na miejscu pytamy o transport do wioski Harmantepe i zostajemy skierowani do ...sklepu warzywnego. Tam jest nasz kontakt z kierowcą. Przy pomocy tłumacza w postaci 12-letniego Yassina (tata ma sklep obok) umawiamy się na następny dzień, podróż będzie nas kosztować 15 YTL. Potem kręcimy się trochę po egzotycznym miasteczku, podziwiamy ruiny twierdzy na wzgórzu i gasimy pragnienie w jedynym napotkanym we wschodniej Turcji pubie. Wracając przez Ahlat postanawiamy zwiedzić seldżucki cmentarz i okazałe grobowce, położone pod miastem. Kierowca jest chętny, po drodze zaprasza nas do miejscowej herbaciarni, gdzie budzimy życzliwe zaciekawienie.

Cmentarz, z omszałymi nagrobkami i poważnie nadgryzionymi zębem czasu pomnikami, to miejsce magiczne, na chwilę przenosimy się o kilkaset lat wstecz. Kolejne napotkane żółwie znakomicie harmonizują z nastrojem oazy spokoju, jaką jest zabytek - nawet na tle niespiesznie żyjącej wschodniej Turcji Po okolicy oprowadza nas podwieziony jednym busem starszy pan, który okazuje się miejscowym imamem – czyli czymś w rodzaju proboszcza. Gdy oglądamy imponujący grobowiec z XIII wieku nasz przewodnik wdziewa szaty liturgiczne i przez głośniki wzywa wiernych na modlitwę. Po powrocie do Tatvan uzupełniamy prowiant i idziemy do kafejki internetowej.

 

Dzień szósty, 12. czerwca 2005: Z całym majdanem pakujemy się do dolmusa, po obowiązkowej przesiadce lądujemy w Adilcevaz. Wygląda na to, że wcześniej umówiony bus jest nieaktualny, ale szybko znajduje się inny chętny do zawiezienia nas do Harmantepe. Nic, że stareńka renówka to zwykłe auto osobowe, przecież klapę bagażnika można podwiązać.

Zostawiamy też depozyty u ojca Yassina i wraz z naszym tłumaczem udajemy się zameldować w żandarmerii. Kierowca twierdzi, że inaczej nie może nas zabrać do Harmantepe, zresztą o obowiązku odwiedzenia „żandarmy” mówiono nam też w Tatvan. Cóż, nie ma się co dziwić, jeszcze kilka lat temu te rejony były objęte wojną domową, a cudzoziemców w ogóle tu nie wpuszczano. Dziś środki ostrożności (trasportery opancerzone na rogatkach miast, posterunki na drogach) są raczej podyktowane bliskością granicy z Irakiem (około 100 km). Żołnierze i oficerowie są bardzo uprzejmi, nie wypisują żadnych przepustek, ale kserują nasze paszporty i każą się odmeldować, gdy wrócimy. To jednocześnie rodzaj zabezpieczenia – gdybyśmy nie wrócili o czasie, pójdą nas szukać.

W wiosce Haramantepe, leżącej na wysokości powyżej 2000 m, pierwszymi osobami, jakie spotykamy, są żandarmi z miejscowego posterunku. Ci również są bardzo życzliwi, pokazują nam z grubsza drogę na szczyt i miejsce na obóz. Góra teraz stoi przed nami w całej okazałości, z bliska masyw wydaje się jeszcze bardziej rozległy, chociaż bardziej płaski niż z oddali. Wyższe partie są nadal potężnie ośnieżone, ale przecież Suphan to główny rezerwuar wody dla całej okolicy – zimą pokrywa śnieżna sięga tu czterech metrów.

Do plecaków ładujemy jeszcze po trzy półtoralitrowe flaszki wody, przez co wory jeszcze lepiej dociskają nas do podłoża. Uprzejmie wymawiamy się od zaproszenia na jedzenie i herbatę, czas ruszać. Wioska jest dość prymitywna, ale na domach widać anteny satelitarne. Drogą włóczą się stada owiec i kóz, wznosząc tumany kurzu. Droga wiedzie najpierw po płaskim, wśród pól, potem przechodzi w pasterską ścieżkę, momentami ledwie widoczną w wyschniętym podłożu. Po niecałej godzinie robimy pierwszą przerwę, potem męczące podejście w upale i wszędobylskim pyle. Także i tu spotykamy żółwie stepowe, aczkolwiek mnie licznie niż na Nemrucie.

Osiągamy pierwszą górkę, jesteśmy na około 2800 m, więc gdzieś za nią powinno być dogodne miejsce na obóz. Faktycznie, wkrótce ukazuje się nam trawiasta polanka (pewnie ostatnia trawa na tej wysokości), przez którą leniwie płynie wątły strumyczek. Po krótkim rekonesansie postanawiamy tu pozostać, choć jest dopiero popołudnie. Namioty stają lekko na pochyłości, potem wygospodarowujemy w strumyczku miejsce na pobieranie wody i mycie. Gotujemy pierwszy „eintopf” (potrawa wieloskładnikowa w jednym garnku), potem kilka herbatek i jakoś schodzi do zmroku.

 

Dzień siódmy, 13. czerwca 2005: Planowaliśmy wstać o 5.00, ale o tej godzinie jeszcze słońce nie dotarło na nasz stok i było pieruńsko zimno. Wygramolamy się ze śpiworów przed szóstą, gotujemy kaszkę, potem kawa czy herbata. Idziemy na szczyt prawie na lekko, bierzemy jedynie picie, trochę żarcia i ciuchy. Na razie starczają koszulki z krótkim rękawkiem, potem – w miarę nabierania wysokości i przybywania śniegu - wciągamy polary lub windstoppery. Wprawdzie w tej chwili wierzchołka nie widzimy, ale drogę znajdujemy intuicyjnie, wspinając się sukcesywnie na coraz to wyższe grzbiety. Na razie wśród kamieni spotyka się jeszcze kolczaste krzaczki, potem połacie śniegu stają się coraz większe, aż wreszcie musimy torować po kolana albo i wyżej.

Zza kolejnego grzbietu wyłania się szeroka grań, gdzieniegdzie spod śniegu wystają czarne skały. Wydawałoby się, że to szczyt, ale za tą granią pokazuje się następna , jeszcze bardziej zaśnieżona. To musi być już szczyt, wysokościomierz pokazuje już ponad 3900 m. Jednak po osiągnięciu domniemanego wierzchołka okazuje się, że jeszcze trzeba trochę podejść. Tym razem jednak nie ma już wątpliwości, nic w okolicy nie wystaje wyżej, jesteśmy na wysokości 4058 m!

Wątpliwości rozwiewa ostatecznie piramidka z kamieni, ułożona przez poprzednich zdobywców Suphan Dagi. Na prawo od nas widać obrzeża krateru, w jego wnętrzu połyskuje malownicze jeziorko. Teraz daje się odczuć majestat góry, w każdą stronę widać tylko to, co się znajduje niżej – i to na wielkie odległości. Było nie było – jesteśmy na trzecim szczycie Turcji! Na południu Jezioro Van, znajome miasteczka, bliższe góry za jeziorem, a na horyzoncie potężny łańcuch gór Dżilo. Za nimi już Irak, choć tego nie widzimy. Na północ i wschód rozciągają się pagórkowate wyżyny, o tej porze roku wciąż jeszcze zielone...

Zachwyceni widokami robimy fotki, potem oddajemy się rozpasanej konsumpcji: bułki, serek, miejscowa wędlina – i dużo, dużo picia. Nawet specjalnie nie odczuwamy wysokości, widać poprzednie wejście na Nemrut oraz nocleg na prawie 3000 m pomogły się zaaklimatyzować. A droga na szczyt, choć długa i męcząca, nie była zbyt wymagająca technicznie.

Zbieramy się do zejścia, Mariusz narzeka na ból oczu, i chce jak najszybciej zejść do obozu. Skaner i ja nie spieszymy się zanadto, fotografujemy po drodze widoczki, kwiatki, ptaszki, aż w końcu tracimy z oczu schodzącego kolegę. No, ale przecież droga jest prosta, teraz wystarczy wyjść z tego wąwozu za tę górkę... Po następnej godzinie już widzimy, że coś jest nie tak. Obchodzimy górkę i wreszcie mamy widok na wioskę. Potem zgodnie z przewidywaniami obóz pokazuje nam się ...po przeciwnej stronie doliny. Trzeba tylko zejść i wejść, najlepiej kozim szlakiem. Ponieważ Mariusz już jest przy namiotach, wysyłam mu SMS-a, żeby się nie martwił. Spuszczona przez nas kamienna lawinka powoduje, że i tak nas zauważa. Jeszcze niecała godzinka i docieramy do pachnącego obiadokolacją obozowiska. Ale 13. dzień czerwca musiał dać znać o sobie...;)

 

Dzień ósmy: 14. czerwca 2005: Rano zwijamy interes i schodzimy do wioski. Witają nas znów gromady dzieci i pozdrowienia dorosłych. Nasz kierowca był umówiony na 11-tą, ale pewnikiem wcześniej widziano, że schodzimy, więc już czeka. Sprawnie docieramy do Adilcevaz, odbieramy depozyty i idziemy się odmeldować w żandarmerii, potem kupujemy bilety na autobus. Ponieważ zostało sporo czasu, z przyjemnością korzystamy z hamamu, czyli łaźni tureckiej, idziemy na kebab do miejscowej jadłodajni, a potem do znanego nam już lokalu w wyszynkiem.

Autobus spóźnia się ponad godzinę, czas zabijamy prowadząc dyskusje z oczekującymi pasażerami. Pomocą są wygimnastykowane ręce oraz mini-rozmówki tureckie. Przy okazji włóczymy się po okolicznych sklepikach i kupujemy z Mariuszem kasety z kurdyjską i turecką muzyką. Potem autobusowy standard, przed nami znów 800 km...

 

Dzień dziewiąty, 15. czerwca 2005: W Kayseri wysadzają nas z autokaru po 4 rano. Co normalny człowiek może robić o takiej godzinie? Spać? Zła odpowiedź! Wyciągamy sprzęt i szukamy dogodnego miejsca, by sfotografować wschód słońca na nieźle stąd widocznej Erciyes Dagi. Mnie się udaje wdrapać na dach łaźni, a Skaner bajeruje dziadka pilnującego budowę i wchodzi na dziesiąte piętro nie wykończonego wieżowca; Mervin wybiera pilnowanie plecaków...

Potem montujemy jakieś śniadanie, aż nadchodzi ósma - odpowiednia godzina, by rozejrzeć się za hotelem. Zgodnie z przewidywaniami, zadowalamy się hotelem tuż przy dworcu, i tak będziemy stąd wracać do Antalii, więc przy okazji zostawi się depozyty. Cena 40 YTL za pokój trzyosobowy tez jest do przyjęcia, w przeliczeniu wychodzi to przecież niecałe dziesięć dolców na łeb.

Po odrobieniu zaległości w spaniu odwiedzamy naszą zaprzyjaźniona kebabczarnię w szewskim zaułku, potem z nudów włóczymy się po bazarze. Udaje mi się wreszcie kupić typową wschodnioturecką czapeczkę i parę drobiazgów na upominki. Nie ustajemy w poszukiwaniach gazu w nakręcanych kartuszach, ale nic z tego. Z rozpaczy wypijamy po browarze i idziemy do internetowej kafejki, nadać korespondencję. Po południu nad Kayseri przechodzi burza, przez kilkadziesiąt minut leje jak z cebra, ale potem widać śliczną tęczę.

 

Dzień dziesiąty, 16. czerwca 2005: Po złożeniu depozytów w recepcji jedziemy autobusem na plac, z którego odjeżdżają dolmusy do Develi. Kierowca wysadza na tuz przy odpowiednim pojeździe, chłopcy jeszcze idą za chlebem i wodą. Podróż pod Erciyes Dagi trwa około pół godziny, kosztuje po dwa i pół miliona od osoby.

Wysiadamy koło kompleksu hotelowo-restauracyjnego, który służy w zimie narciarzom nawiedzającym Erciyes. Teraz panuje tu pustka. Idziemy się wpisać do książki wyjść w schronisku. Jesteśmy w tej chwili jedynymi kandydatami na zdobywców, poprzednia ekipa (Czesi, wcześniej Niemcy) była tu jakiś tydzień temu. W porówaniu z Suphanem to zresztą i tak tłok ;)

Decydujemy się skorzystać z wyciągu krzesełkowego. Kursuje on tylko na pierwszym odcinku, podjeżdżamy ledwie 250 na wysokość, chociaż dość sporo na odległość. Od strony wschodniej krater Erciyes Dagi jest otwarty i góra opada bardzo długim, łagodnym stokiem – obecnie zagospodarowanym przez infrastrukturę narciarską. Powyżej 2750 m jednak wyciągu już nie docierają, więc ostanie 1200 m w pionie pozostaje dla alpinistów.

Trzeba przyznać, że góra prezentuje się w wyższych partiach imponująco – ośnieżone strome stoki, skalne iglice i półkolista grań, wiodąca koroną krateru. Do najwyższego punktu (3916 m) prowadzi kilka dróg, najłatwiejsza jest podobno granią, najtrudniejsza stromym lodowcem od północnej strony. Generalnie liczymy się z tym, że ze względu na warunki śniegowe w czerwcu mogą być kłopoty z wejściem – dlatego Erciyesa zostawiliśmy sobie na deser. Inaczej niż na temat Suphana, który jest miejscem bardzo słabo znanym, na temat Erciyesa było w necie sporo informacji, nierzadko zresztą sprzecznych. W każdym razie, było trochę relacji osób, którym się nie udało wejść...

Na razie jednak dochodzimy do miejsca, gdzie powinno się znajdować dogodne miejsce na obóz. Zrzucamy wory i każdy się rozchodzi w inną stronę. Wchodzę na górkę i nieco poniżej dostrzegamy żołnierzy rozkładających duże namioty. Zaraz potem ze Skanerem idziemy na rozpoznanie. Wojsko okazuje się bardzo życzliwe i gościnne, od razu kapitan zaprasza nas na żarcie, z trudem udaje nam się wyrwać i wrócić po trzeciego załoganta i plecaki.

Nie są to jacyś zwykli żołnierze, lecz komandosi, w niebieskich beretach. Na razie przygotowują obóz, w sobotę-niedzielę zamierzają tu trenować wspinaczkę lodowcową.

Na razie wspólnie z nimi pałaszujemy ser, warzywa i pogryzamy arbuzem. Potem bez większych oporów przyjmujemy propozycję spania w ich dużym namiocie i udajemy się na kilkugodzinny rekonesans. Pogoda nie rozpieszcza, jest pochmurno, a na wysokości ponad 3000 m daje się we znaki zimny wiatr. Szczyt pokryły chmury, ale dojścia na grań są dobrze widoczne, rozważamy kilka wariantów wejścia.

Przemarznięci wracamy do obozu i gotujemy herbatę. Tymczasem komandosi przygotowali trzy namioty, porządnie okopane, wewnątrz porozkładane maty oraz wielkie białe śpiwory. Podobno da się w nich wytrzymać nawet przy minus 40 stopniach, ale tego nie sprawdzamy, bo temperatura utrzymuje się nieznacznie powyżej zera. Mimo zachęt do skorzystania z militarnego sprzętu, zaszywany się we własnych puchach.

 

Dzień jedenasty, 17. czerwca 2005: Wstajemy raniutko, niebo czyściutkie, śniegi Erciyesa różowieją w pierwszych promieniach słońca. Po skromnym śniadanku ruszamy w drogę, według optymistycznych szacunków na szczyt da się dojść w sześć godzin. Najpierw podchodzimy łagodnie wznoszącymi się grzbietami, porośniętymi pojedynczymi kępkami suchej trawy i kolczastymi krzaczkami. Potem robi się bardziej stromo, wchodzimy stopniowo na grań i zaczynamy się posuwać brzegiem krateru.

Grań jest na razie kamienista, śnieżne łachy zostawiamy po bokach. Pogoda jak marzenie, wciąż się zatrzymujemy robiąc zdjęcia. Z zaśnieżonych stoków, opadających do wnętrza krateru, wyrastają strzeliste turnie. Skała wygląda na bardzo kruchą, ale na niektórych dostrzegamy ślady pozostawione przez wspinaczy. Po pewnym czasie drogę zagradza nam śnieżne pole, nie sposób go ominąć nie schodząc do doliny. Wygląda niby niegroźnie, ale w razie pośliźnięcia jest duża szansa na kilkusetmetrowy zjazd. Mariusz i ja zakładamy czterozębne raczki, Skaner ma normalne raki. Mariusz idzie pierwszy, bo chce nas z góry filmować. Jego ewolucje na stoku wyglądają mocno niepewnie, w końcu ląduje na czterech łapach i jakoś dociąga do kamieni. Nam idzie nieco lepiej, bo mamy kijki. Na dłuższą metę jednak bez asekuracji byłaby to wielce niebezpieczna zabawa. A sprzętu żadnego więcej nie posiadamy. Był to zresztą nasz świadomy wybór – mogliśmy albo wziąć szpej i targać go tysiące kilometrów po to, by ewentualnie przydał się na jednej górze, lub nie brać wcale i liczyć na to, że warunki pozwolą na wejście. Niestety, w tym roku było na Erciyesie dużo śniegu, nawet jak na czerwiec. A przedwczorajsza burza jeszcze dorzuciła świeżego puchu na większych wysokościach.

Na razie posuwamy się szczęśliwie wyżej, grań robi się coraz węższa, niekiedy musimy omijać śnieg dołem, co sporo wydłuża drogę. W końcu dochodzimy do jednego z przedwierzchołków i już widzimy, że tu nie ma żadnego obejścia. Za szczytem wzniesienia widać znów skałę, ale przed nami kilkadziesiąt metrów w górę po zamarzniętym śniegu. Wprawdzie niezbyt stromo, ale za to w dużej ekspozycji. Po obu stronach mamy ładne kilkaset metrów w dół zaśnieżonym żlebem. Mariusz pierwszy odmawia współpracy, Skaner też uważa, że to niepotrzebne ryzyko. Przez moment mam ochotę spróbować i nawet podchodzę kilka kroków, ale warunki są niepewne i zgadzam się z resztą ekipy. Tu kończymy naszą przygodę z Erciyesem, wysokościomierz wskazuje 3700 m.

Zapewne raki, czekany i 20 metrów liny rozwiązałyby problem, ale jak wcześniej wspomniałem, nic z tych rzeczy nie mieliśmy. Sądząc po relacjach, więcej udanych wejść na Erciyesa notuje się w sierpniu. Cóż, trzeba tu będzie wrócić, nie ma rady...;)

Na razie w bliższych planach jest jednak powrót do obozu, no i jeszcze dziś chcemy zejść na dół. Droga schodzi nam szybko, ale postanawiamy ominąć także pierwsze pole śnieżne i do krateru schodzimy stromym piargiem, który wypatrzyliśmy wczoraj. Fajnie się zjeżdża z lawinką kamieni, ale wejście tędy byłoby istną mordęgą. Dzięki skrótowi szybko wytracamy wysokość, potem spokojnie drałujemy dolinką do naszych wojaków. Okazuje się, że niedługo do Kayseri jedzie ich terenowy Unimog i mogą nas podrzucić. Chętnie przyjmujemy pomoc i wykorzystujemy czas na podkarmienie.

Około szesnastej ładujemy się na pakę. Mała ciężarówka o bardzo sztywnym zawieszeniu trzęsie niemiłosiernie, poza tym szybko pokrywamy się kurzem. Krótki postój na odmeldowanie się w schronisku, potem wyjeżdżamy na szosę i wkrótce jesteśmy w Kayseri. Zmordowani telepiemy się miejskim autobusem na dworzec, gdzie od razu zaczepia nas agent linii autobusowych. Oferta okazuje się atrakcyjna (20 YTL zamiast 25), więc ją przyjmujemy. Odbieramy depozyty, robimy w parku kolejny przepak i jesteśmy gotowi do kolejnej nocy w autobusie.

 

Dni ostatnie, 18-21. czerwca 2005: Rankiem docieramy do Antalii i od razu udajemy się do dzielnicy tanich hoteli i pensjonatów, położonej w pobliżu portu. Tam starszy Turek proponuje nam hotel, najpierw za 50 YTL, potem schodzi do 35. Idziemy obejrzeć pokoje, wyglądają nawet zachęcająco. W zasadzie jest to najlepsze, co dotąd mieliśmy za podobną cenę – dwa pomieszczenia, taras i łazienka na piętrze. Tu możemy spędzić następne trzy noce.

Kolejne dni upływają na odrabiania zaległości w spaniu i jedzeniu, włóczeniu się po bazarach i sklepach. Obowiązkowa jest też kąpiel w morzu, ale na słynną plażę idziemy tylko raz. W sumie, Antalya jako miejsce docelowe większości wczasowiczów, jest dość droga i niezbyt sympatyczna. Na szczęście przy odrobinie wysiłku można znaleźć sklepiki czy knajpki dla miejscowych, gdzie ceny są bardziej przystępne. Ale trzy dni tutaj całkowicie nam wystarczają.

Rano 21. czerwca wstajemy za wcześnie, ale nikt nie chce się spóźnić na samolot. W zasadzie to jedyny fragment wyprawy, który ni zależy od nas;) Na lotnisko jedziemy za 12 euro taksówką. W terminalu dzikie tłumy, głownie Niemców i Rosjan. Kolejka do odprawy, kontroli paszportowej, do sklepu, do kibla. Powrót do cywilizacji nie jest przyjemny...

Lot przebiega bez kłopotów, inny kolega odbiera nas z lotniska i późnym popołudniem wracamy do Wrocławia. Za nami kilka tysięcy kilometrów, plus kilkadziesiąt na piechotę po górach. Ale już byśmy tam chętnie wrócili.

 

Skład wyprawy: Mariusz „Mervin” Barwiński, Andrzej „Skaner” Czapliński, Tomek „Misiek” Jaźwiński

 

Koszty: Wraz z przelotem i wizami koszt całej wyprawy zamknął się w około 1800 zł na osobę ( nie licząc jedzenia, które wzięliśmy z kraju, ale nie były to duże ilości).

Walutą w Turcji jest nowy lir (YTL = yeni turk lirasi), w przeliczeniu około 2,50 zł za 1 YTL. Potocznie nadal stosuje się liczenie w milionach, jeden milion to jeden nowy lir, w obiegu są jeszcze stare banknoty wraz z nowymi. Oto kilka szczegółów na temat cen w Turcji:

Pokój 3-osobowy w tanim hotelu = 30-40 YTL/noc

Przejazd autobusem dalekobieżnym 700-800 km = 25 YTL

Przejazd dolmusem 30-40 km = 2.00-2.50 YTL

Przejazd autobusem miejskim = 1.00 YTL

Kebab zawijany tzw. durum (na wynos) = 0.5-1.00 YTL

Kebab na talerzu, wraz z pieczywem, ryżem, sałatką = 3.50-5.00 YTL

Rogal lub bułka na straganie = 0.3 YTL

Melon ok. 2 kg = 2.00 YTL

Czaj czyli herbata (szklaneczka) = 0.3-0.5 YTL

Butelka wody 1.5 l =  0.5-0.8 YTL

Puszka piwa Efes = 1.80-2.25 YTL

Paczka oliwek 0.5 kg = 1.00 YTL

Chałwa 0.5 kg = 3.00-4.00 YTL