Ortler – zapomniany król

 

Mija 200 lat od pierwszego wejścia na Ortler – najwyższy szczyt Tyrolu i ówczesnego Cesarstwa Austriackiego. Dziś góra, wraz całym Południowym Tyrolem, leży na terenie Włoch, a jej okolice pozostają niezwykle spokojne.

 

Dolina Sulden leżała na peryferiach Cesarstwa i była bardzo słabo zbadana. Jeszcze w roku 1802 jedna z innsbruckich gazet nazwała ją Syberią Tyrolu, utrzymując, że tamtejsi mieszkańcy jedzą z jednej miski z niedźwiedziami, a dzieci jeżdżą na oklep na wilkach. Jednak to właśnie w tej okolicy leżał najwyższy szczyt naddunajskiej monarchii – mierzący 3905 metrów śnieżny olbrzym Ortler. I wciąż pozostawał nie zdobyty.

Wizytujący te rejony arcyksiążę Johann – brat cesarza Franza II, a jednocześnie wielki miłośnik gór i rodzimej przyrody - ujrzał po raz pierwszy Ortlera wiosną 1804 roku i widok ten owładnął nim bez reszty. Wkrótce potem powierzył misję zdobycia najwyższej góry państwa doktorowi Johannesowi Gebhardowi, botanikowi z Salzburga. Cesarski wysłannik przybył w sierpniu 1804 do Południowego Tyrolu i rozpoczął rozmowy z miejscowymi góralami, obiecując za wejście na Ortlera sowite nagrody. Większość z nich uważała pokonanie lodowego giganta za niemożliwe, ale o chętnych na złote guldeny nie było trudno. Kilka prób wejścia różnymi drogami zakończyło się jednak niepowodzeniem.

Któregoś dnia u doktora Gebharda zjawił się niewysoki człowiek z krzywymi nogami, błyszczącymi oczami i wielkim nosem. Był to myśliwy Josef Pichler z Sankt Leonhard. Skromny ale dumny człowiek nie zażądał zapłaty z góry i zgodził się na uczestnictwo w wyprawie dwóch zaufanych ludzi Gebharda. 27 września 1804 Josef Pichler, Johann Leitner i Johann Klausner wyruszyli o w pół do drugiej nad ranem z miejscowości Trafoi. Następnego dnia po południu przemarznięta do cna trójka wróciła z wieścią o zwycięstwie, a doktor Gebhard mógł zameldować arcyksięciu wykonanie zadania.

Pichler i jego dwaj towarzysze weszli na Ortler przez Hintere Wandlen, drogą trudną, żmudną (i rzadko dziś używaną), nie mając lin ani raków. Kilka miesięcy później spróbowano znaleźć krótszą i łatwiejszą drogę z doliny Sulden. Pichler wraz z trzema towarzyszami dokonał pierwszego przejścia grani wschodniej, zwanej Hintergrat. Obie te drogi są bardzo eksponowane i dziś uchodzą za bardzo trudne, ale w większej części prowadzą w skale – za bardziej niebezpieczne uważano wtedy lodowce.

Po roku 1805, przez 21 lat nikt nie wszedł na szczyt Ortlera, dopiero w 1826 dokonał tego oficer z Wiednia. Jego przewodnikiem był – wówczas już ponadsześćdziesięcioletni – pierwszy zdobywca, Josef Pichler. Po nich, w 1834 roku na szczyt wszedł profesor Carl Thurwieser - znów w towarzystwie nestora Pichlera (i jego syna) - ale przez następne 30 lat, mimo wielu prób, nikomu nie udało się zdobyć Ortlera. Drogę uważaną obecnie za standardową (Normalweg), prowadzącą przez szczyt Tabaretta i lodowiec Oberer Ortlerferner, przeszli po raz pierwszy Anglicy Tuckett i Buxton z dwoma szwajcarskimi przewodnikami – dopiero w roku 1864. Dzięki odkryciu łatwiejszej drogi na szczyt, w rejonie Ortlera nastąpił rozwój turystyki. Każdy ambitny alpinista chciał wejść na najwyższą górę Austro-Węgier, więc już w 1875 roku Niemiecko-Austriacki Związek Alpejski założył schronisko na grzebieniu Tabaretty, na wysokości 3020 m.

Z tego właśnie miejsca (schronisko Payerhütte) wyruszamy na szczyt, lipcowego poranka 2004 roku – dwieście lat po pierwszych zdobywcach. Jest ledwie po piątej, na razie wszystko tonie w szarości. Od razu wiążemy się liną i ruszamy na ścieżkę, wiodącą zboczem Tabaretty. Jesteśmy pierwszą grupą, jak wyruszyła na szczyt po ostatnich opadach śniegu (dolina Sulden także i dziś zasługuje na miano Syberii Tyrolu) i musimy przecierać szlak. Jest dość ślisko, a zbocze pod nami strome - przychodzi mi na myśl, że już przydałyby się raki, spoczywające w dolnej komorze plecaka. Na razie jednak do utrzymywania równowagi musi wystarczyć pomoc czekana; zresztą wkrótce wychodzimy na pozbawioną śniegu skałę. Grań wznosi się i opada, a skała jest dość krucha i trzeba uważać, by nie zrzucać kamieni na pozostałych wspinaczy. Wraz z nami wyruszają jeszcze chyba trzy zespoły, w sumie kilkanaście osób. Z powodu marnej pogody przez ponad tydzień nikt nie był na szczycie, więc trochę chętnych się nazbierało.

Kolejne minuty wspinaczki mijają w milczeniu, teraz trzeba pokonać kilkadziesiąt metrów prawie pionowej ściany. Skała ma jednak sporo naturalnych chwytów i stopni, ponadto są łańcuchy. Pierwsze sztuczne ułatwienia w tym miejscu, zwanym Wandl, założono już w 1888 roku. Hmm, mam nadzieję, że nie są to te same łańcuchy, co dziś. Niektóre ich mocowania wprawdzie trochę się ruszają, ale przecież „wszyscy” tędy chodzą... Przewodnik Goedeckego (3000er in den Alpen. Normlawege) określa trudności tego odcinka na I lub A0, a bez sztucznych ułatwień na III. Pod ścianą robi się mały zator, niektórzy z wchodzących są chyba dość „zieloni”, widziałem jak wieczorem w schronisku po raz pierwszy przymierzali pożyczone uprzęże. Po pionowej wspinaczce znów odcinek granią, skała jest tu jednak dość śliska, jakby pokryta jasnym nalotem i trzeba jeszcze bardziej wzmóc czujność.

Na zboczu widocznego już teraz dobrze Ortlera pojawiają się promienie słońca. W pomarańczowym świetle unoszące się mgły wyglądają jak gazy wydobywające się z rozpalonego wulkanu. Akurat wypada przerwa, zakładamy raki, smarujemy się kremem i zakładamy ciemne okulary. I oczywiście „trzaskamy” pierwsze tego dnia zdjęcia. Od tego miejsca droga prowadzi już tylko lodowcem, obecnie pokrytym śniegiem. W późniejszych miesiącach letnich na większych stromiznach zostaje goły lód, zdarzają się też lodowe lawiny. Dziś trzeba tu kopać stopnie w świeżym śniegu. Jego wierzchnia warstwa jest na szczęście jeszcze przyjemnie zmrożona i niezbyt gruba, więc zbyt głęboko się nie zapadamy.

Tempo mamy niezłe; przy podejściu na skalną grzędę Tschirfeck, na której znajduje się blaszane pudło Bivacco Lombardi ( 3316 m) każdy zespół próbuje znaleźć własną drogę. Widziałem na pocztówkach, że w pełni sezonu na szczyt wiedzie wydeptany szlak, teraz jednak odwalamy pionierską robotę. No, ale prawie połowa drogi już za nami. Stąd widać odległy szczyt, ale na wprost się nie przejdzie, trzeba z prawej strony obejść lodowe ściany. Jesteśmy już w pełnym słońcu, droga staje się nieco nużąca; wzrastająca systematycznie wysokość też nie jest bez znaczenia. Na większych stromiznach (do 35 stopni) idziemy zakosami, więc zgodnie ze sztuką co jakiś czas trzeba przełożyć czekan i linę do drugiej ręki. Widoki mamy za to bajeczne, dość długo nie było tu takiej pogody. We wszystkich kierunkach góry ciągną się po horyzont, zielone doliny Sulden i Trafoi są tylko niewielkim wyspami w morzu skał i lodowców. Bez większego trudu udaje mi się namówić zespół na minutową przerwę fotograficzną.

W okolicznych górach przebiegał najwyżej położony front pierwszej wojny światowej, a na szczycie Ortlera znajdowało się rekordowe pod względem wysokości stanowisko artyleryjskie. Wyrytymi w lodowcach sztolniami o wysokości 1,80 m i szerokości 80 cm austriaccy strzelcy podchodzili Włochów, zdobywając ich stanowiska na Hohe Schneid i Trafoier Eiswand (ponad 3500 m). Dodajmy jeszcze, że lodowce – jak w całych Alpach – były daleko potężniejsze niż dziś.

Te współczesne też są jednak całkiem przyzwoite. Od czasu założenia raków idziemy praktycznie bez przerwy dobre dwie godziny pod górę, w coraz rzadszym powietrzu, więc powoli zaczynam się męczyć. W porównaniu z Himalajami czy Andami to żadna wysokość, ale na Alpy już całkiem niezła. Ciśnienie wynosi tu poniżej 600 milibarów, czyli mniej niż 60 procent tego, co na poziomie morza... Prowadzący Heinrich mówi jednak, że jak zaciśniemy zęby, to za dziesięć minut będziemy na szczycie. Fakt, sam wierzchołek tymczasem się schował, a jak człowiek nie widzi celu, to mu się gorzej idzie. Nie tylko zresztą mnie -  słyszę jak i Richard z tyłu ciężko dyszy. Wysokościomierz wskazuje już jednak ponad 3800 m, więc naprawdę musimy być niedaleko.

Po chwili wychodzimy na bardziej płaski teren i w polu widzenia znów pojawia się szczyt i stojący na nim krzyż – metalowy, ale obecnie cały zalodzony. Pierwsza trójka już tam prawie jest; a przed upływem kwadransa i my docieramy na szczyt. Pada tradycyjne „Berg heil” i uśmiechnięci podajemy sobie ręce. Dobra robota! Od wyjścia ze schroniska upłynęło około trzech i pół godziny, co - przy uwzględnieniu krótkich przestojów podczas oczekiwania na wolną drogę w skale - jest naprawdę przyzwoitym wynikiem.

Przypinamy się na „smyczy” do odciągów zabezpieczających krzyż, bo miejsca na wierzchołku nie ma za wiele, a w kierunkach innych, niż ten z którego przyszliśmy zieją przepaście. Wyjątkiem jest wąska, eksponowana i pokryta świeżym śniegiem grań schodząca na wschód – to słynna Hintergrat. Właśnie pochodzi nią pojedynczy wspinacz, ostro „walczący” dwoma czekanami. Pozostali zdobywcy nadciągają naszym śladem, po chwili na szczycie rozpoczyna biwak kilkanaście osób i robi się ciasnawo. Prognozy na popołudnie są niekorzystne, stąd wszyscy chętni starali się wyjść jak najwcześniej. Dochodzą jeszcze Szwajcarzy oraz trzech Polaków ze Śląska, których poznałem wczoraj w schronisku. Szkoda, że nie spotkałem ich wcześniej, zanim umówiłem się na wspinaczkę w międzynarodowym zespole. Ale współpraca włosko-polsko-niemiecka układa się jak dotąd znakomicie, nie ma co narzekać.

Zabezpieczam plecak czekanem wbitym w śnieg i wyciągam chałwę. Ta zamiast rozciapać się jak na ten przysmak przystało, tworzy w ustach suchą masę. Pewnie wychuchałem całą ślinę podczas podejścia, trzeba popić, bo inaczej się zakleję. Pokazując w dół stoku ktoś żartuje, że tam zostawił płuca, ktoś inny zauważa, że tu i tak nie są potrzebne, a jeśli nawet, to co najwyżej jedno, bo i tak jest tylko połowa powietrza.

Najbardziej urzekający widok rozciąga się na wschód i południe, w pofałdowanym morzu lodu i śniegu próbuję rozpoznawać poszczególne góry. Najbliżej piętrzy się niekształtny grzbiet Monte Zebru, za nim Königspitze – słusznie uważany ja jeden z najpiękniejszych szczytów w Alpach. To na jego północnej ścianie w 1956 roku Kurt Diemberger i Albert Morokutti pokonali gigantyczny, snieżno-lodowy  nawis zwany „rurką z kremem”. Nieco dalej leży płaski i zaśnieżony masyw Monte Cevedale oraz wystający z lodu skalny wierzchołek Zufallspitze. Wszystkie z nich mierzą powyżej 3700 metrów n.p.m., ale to my jesteśmy najwyżej!

Jeden z przewodników, Kurt, schodzi po stromym stoku nieco w dół, by zrobić swojemu zespołowi ładniejsze zdjęcie. Mnie na ten widok cierpnie skóra – koleś jest bez żadnej asekuracji, a stromizna tu naprawdę niewąska, w razie kłopotów szybko by się nie zatrzymał... Kurt widać ma zaufanie do swojego imiennika, nosi bowiem to samo nazwisko, co król Tyrolu – Ortler. Jest jednym z bardziej popularnych przewodników, pochodzi z bogatej w tradycje rodziny. Inne familie z włoskiego Sulden mają również niemiecko brzmiące nazwiska – Reinstadler czy Zischg to tutejsi Gąsienice i Bachledowie. W roku 1900 w dolinach Sulden i Trafoi było zarejestrowanych ponad 50 przewodników, dziś jest ich mniej niż dziesięciu.

Dlaczego? W Alpach najbardziej oblegane są najwyższe lub najbardziej znane szczyty, gdzie indziej jest już znacznie spokojniej. Ortlera w roli najwyższej góry Austrii zdetronizował Grossglockner, na którym więcej ludzi niż tu teraz spotkałem w maju - w lipcu pewnie trudno się dopchać do wierzchołka. We Włoszech „skromne” 3905 m Ortlera nie daje mu miejsca nawet w pierwszej trójce. Mnie to nie przeszkadza, nie lubię w górach tłoku... W ciągu poprzednich dni mogłem się rozkoszować zdobyciem innych szczytów trzytysięcznych Południowego Tyrolu (m.in. Vertainspitze 3545 m, Tschengsler Hochwand, 3376 m), niekiedy w zupełnej samotności. Te kilkanaście osób na szczycie Ortlera dziś to niemal dziki tłum w porównaniu z liczbą ludzi spotkanych podczas tamtych wejść.

No, ale czas schodzić, dziś muszę nie tylko zejść do schroniska, ale też całkiem na dół, do Sulden. W sumie to ponad dwa kilometry w pionie, a jutro czeka mnie dziewięćsetkilometrowa droga do domu. Naprawdę miałem szczęście, że udało mi się wpasować w „wejściową” pogodę jeszcze podczas tego pobytu.

Droga w dół po lodowcu nie jest specjalnie uciążliwa, ale trzeba zachować koncentrację i cały czas uważnie stawiać nogi. Trochę to trudne, bo wzrok miast pod stopy, wciąż kieruje się na rozległe panoramy – których nie mogliśmy podziwiać, idąc w górę. Gdy dochodzimy do miejsca zwanego Niedźwiedzią Dziurą (Bärenloch), zauważamy ślad po świeżej lawinie. Heinrich prosi prowadzącego obecnie Richarda, by ten maksymalnie przyspieszył kroku. Z przewodnika pamiętam, że jest to miejsce, w którym grożą oberwania lodu. Heinrich mówi, że niedaleko stąd kilka lat temu zginął jego przyjaciel. Potem w monografii Ortlera doczytuję, że w 1993 roku przewodnik Kurt Fritz, oraz idący wraz z nim ambasador Japonii w Austrii, Onodera, zostali zepchnięci przez lawinę do szczeliny i zasypani. Nie mieli żadnych szans. Zdjęcia Kurta z dopiskiem „niezapomniany przyjaciel” wiszą do dziś w okolicznych schroniskach i w biurze Bergführerschaftu.

Posuwamy się w milczeniu dalej i dochodzimy do skał. Gdy ściągamy raki, dochodzi nas złowrogi łoskot. Badamy wzrokiem północną ścianę i po chwili dostrzegamy schodzącą lawinę. Tu oczywiście jesteśmy bezpieczni, ale jednak dreszczyk przechodzi po lekko spoconych plecach. O tym ,że wejście na Ortler nie jest li tylko spacerkiem po śniegu, świadczy symboliczny cmentarzyk na podejściu do Tabarettahütte. Na wielkim głazie umieszczono kilkanaście tablic z nazwiskami ludzi, którzy tu zginęli, głównie na ścianie północnej...

Robi się naprawdę ciepło, a przed nami uciążliwe zejście po łańcuchach – stąd po chwili zastanowienia ściągamy bluzy i pakujemy do plecaków. Mamy szczęście, większość zespołów idzie za nami. W schronisku dowiaduję się potem, że niektórzy musieli czekać w kolejce do zejścia prawie godzinę i niemal dopadła ich burza. Nam schodzenie idzie w miarę sprawnie, chociaż jesteśmy już zmęczeni. Dużo gorszy jest ostatni odcinek, zboczem Tabaretty. Śnieg tymczasem rozmiękł, momentami robi się dość ślisko, trzeba znów wyciągnąć czekany. Wreszcie jesteśmy z powrotem w Payerhütte, gdzie czekają zasłużone napitki. Krótka rozmowa przy piwie zmieszanym pół na pół z cytrynową oranżadą, ostatnie uściski dłoni i idę przepakować plecak. Mimo że depozyt złożyłem w ogólnie dostępnej przebieralni, odzyskałem go w komplecie – górska brać uczciwa jest. Gdy zaczynam schodzić do Sulden, już grzmi, i to całkiem niedaleko. Niedługo potem spadają pierwsze krople, a na dole leje już całkiem solidnie. Szczytu znów nie widać, więc pożegnać się z Królem Ortlerem nie mogę. Czyli będzie pretekst, żeby wrócić...

 

Tomasz Jaźwiński